| Poligon podchorążych |
|
W dniach 13.06-18.06.2010 roku podchorążowie Studium Oficerskiego Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Lądowych kierunku artylerii przeciwlotniczej, przebywający w Centrum Szkolenia Sił Powietrznych na szkoleniu specjalistycznym odbywali praktyczne doskonalenie umiejętności taktyczno-specjalnych i bojowych w ramach zgrupowania na Centralnym Poligonie Sił Powietrznych w Ustce. Zamierzenie to poprzedza egzamin na oficera, który podchorążowie odbędą za kilka dni. Dowódca zgrupowania mjr Adam Kołakowski dobrze ocenił umiejętności specjalistyczne i przygotowanie do pełnienia obowiązków na przyszłym stanowisku dowódcy plutonu przeciwlotniczego przez absolwentów studium. Podchorążowie studium wykonywali bojowe strzelania przygotowawcze z 23 mm podwójnych armat przeciwlotniczych ZU-23-2 i ZU-23-2K oraz z przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Strzała-2M.
POLIGON CZAS ZACZĄĆ… (z pamiętnika podchorążych) Niedziela 13-tego O brzasku słońca karawana pojazdów wyruszyła do kurortu Wicko Morskie. Po długiej podróży na ekskluzywnej „pace” STARA dotarliśmy do celu. Pięć dzielnych żołnierek z pomocą odważnego rycerza Gajownika rozbiło swój pierwszy w życiu pięciogwiazdkowy hotel umocowany śledziami, wsparty linami, po czym nazbierały chrustu na przyszłe ognisko, a z szyszek i kamieni utworzyły herb obozowiska. Przyzwyczajeni do ubogiego wojskowego jadła żołnierze zostali mile zaskoczeni poligonową kuchnią. Jeszcze zbiórka, postawienie zadań. A miało być tak pięknie. Tak upłynął dzień pierwszy.
Poniedziałek Od pobudki powiało grozą. „Witam ozięble w ten piękny, słoneczny poranek” – powiedział pan kapitan. Nikt nie spodziewał się, że te słowa tak szybko urzeczywistnią się – niezapowiedziane odwiedziny „Mistrza Przeciwlotników” (Szefa WOPL DWLąd.), sprowadziły podchorążych na ziemię, ale zapał do działania nie minął. Dobrze, że wszyscy starają się uzmysłowić, jaka ciężka praca nas jeszcze czeka, zarówno przed jak i po zdobyciu pierwszych gwiazdek. Czas przywyknąć. Wszyscy z entuzjazmem przystąpili do ładowania taśm amunicyjnych. „Oj! Bojowa! Czy aby nie wystrzeli?!” – te słowa wyczytywali przełożeni z naszych oczu. Mimo obaw wiedzieliśmy, że zawsze możemy liczyć na pomoc i ich wsparcie a także ze strony przyjaznej ekipy z „Rokosowa”. Dalsza część dnia upłynęła na doskonaleniu współdziałania funkcyjnych działonów. WtorekPodekscytowani oczekiwaliśmy naszego pierwszego strzelania, które miało się odbyć przed południem. Ale jak to w wojsku bywa – cierpliwość rzecz święta – strzelanie przesunięto na godziny wieczorne. Oczekiwanie upłynęło na błogiej kontemplacji nadmorskich krajobrazów i wdychaniu jodu podczas intensywnych treningów kierowania ogniem i pracy bojowej na sprzęcie. I wreszcie nastąpił tak długo oczekiwany moment. Po instruktażu połączonym z instruktażowymi strzelaniami padły komendy do zajęcia stanowiska ogniowego. Świadomość pierwszego strzelania amunicją bojową oraz obecność samego Szefa WOPL DWLąd., który bacznie przyglądał się naszym nieskoordynowanym ruchom, spowodowała nagłe objawy amnezji. Całe szczęście, że nasi mentorzy wykazali się stoickim spokojem. I tylko to spowodowało, że głodni celnych strzałów podchorążowie już pierwszymi seriami pocisków pozytywnie zaskoczyli „Mistrza”. Dobra passa sprzyjała do końca dnia – każda z wystrzelonych rakiet została bezbłędnie naprowadzona na cel. I aż do zaśnięcia, w uszach podchorążych dźwięczały komendy: „GOTOWOŚĆ NR 1!” ,,URUCHOMIĆ CEL!” ,,BOJOWYMI”. Tej nocy rada pana kapitana okazała się bezcenna – chusteczki „BAMBINO” uratowały przyprószonych prochem brudasów.
Środa Kulminacja szkolenia – zmęczenie i niewyspanie dają się we znaki – pojawiają się pierwsze spięcia. Pory dnia wyznaczają jedynie posiłki na stołówce poligonowej. Najintensywniejszy dzień zmagań strzeleckich – dużo amunicji do załadowania, a jeszcze więcej do wystrzelenia. Przez nasze głowy, jak na taśmie magnetofonowej przewijały się ciągle słowa – ,,Działon na działo!”, ,,Działon w ukrycie!”. Hurra!... Imitator celu powietrznego został zestrzelony!. Nawet żołnierskie szczęście nie wystarczyłoby bez profesjonalnego przygotowania podchorążych przez cierpliwych i wymagających wojskowych mentorów. Ostatnie rakiety poszły w niebo jak po sznurku, a czterech podchorążych po pasowaniu wyciorem, dołączyło do grona strzelców przeciwlotników. Męczący dzień został uwieńczony zasłużonym, gorącym prysznicem. Czwartek Sił coraz mniej, ale zapał wzrastał. Nieustanne motywowanie ze strony przełożonych dodawało wigoru i chęci walki. Spaleni słońcem stawiliśmy czoła wyznaczonym zadaniom. Zagrzewani do walki przez wszystkich uczestników zgrupowania, stoczyliśmy bój z doświadczonymi obsługami z 8. Pułku Przeciwlotniczego z Koszalina. Całe szczęście, że nie można prowadzić ognia do samolotu, bo po pierwszych seriach nie byłoby do czego strzelać. Ostatnia seria - czas zbierać łuski, obsłużyć armatę i załadować sprzęt. Pożegnalne spojrzenie na stanowisko ogniowe nr 3…i powrót do obozu. Następnie, błyskawiczna toaleta a trochę cienia z odrobiną różu i pudru przygotowała umorusane twarze podchorążanek na błysk fleszy wszędzie obecnego fotoreportera J. Na ceremonię pasowania zostali zaproszeni najszacowniejsi przeciwlotnicy. Chwila niepewności, dreszczyk emocji – „Mistrz” przybędzie, czy nie?. Nieśmiałe zerknięcia na legendarną „miksturę przeciwlotniczą” i „bojowe” kieliszki, a po głowie krążyły opowieści poprzedników o ceremonii. Ogień zapłonął. Zaskoczenie!. Dyplomy od samego Szefa WOPL WLąd. w podziękowaniu za trud i wysiłek, na początku przeciwlotniczej drogi, to szczególne wyróżnienie. Nastąpił uroczysty chrzest podchorążych na przeciwlotników. Nie lada odwagi wymagało wypicie z uśmiechem na twarzy tajemniczego napoju z łuski 23 mm naboju i poddanie się pasowaniu wyciorem armatnim. Kiełbaska z ogniska była pyszna, ale jej zapas przewyższył możliwości obecnych. Najwytrwalsi w kiełbasianych zmaganiach okazali się pan major i pan kapitan zachęcając wszystkich do konsumpcjiJ - pewnie nie dali się wcześniej skusić na talerz „fastbretu” (żołnierska nazwa fasolki po bretońsku). Śpiew przy dźwiękach gitary trwał do wczesnych godzin porannych. Remix ,,Jedziemy hibnerytem…” świadczył, że mimo trudu i znoju humory dopisywały do samego końca. Nikogo nie przerażała myśl o wczesnej pobudce, ani o pieszym powrocie do obozowiska. Piątek Jeszcze kilka dni temu dzielnie rozbijaliśmy obozowisko, a już pora wracać…Nikt nie przewidział, że tak szybko nabierzemy wprawy i błyskawicznie zwiniemy nasze hotele. Nastąpiło skrupulatne rozliczenie ekwipunku. Oby tylko nie zgubić ani jednego śledzia!. Szef osobiście rozliczał nas z przydzielonego sprzętu. Skrupulatnie, bo przecież za chwilę sam będzie rozliczał się w magazynach. W oczekiwaniu na pojazdy wszyscy wykorzystali na długo upragniony odpoczynek. Morfeusz okazał się bezlitosny – nawet pan porucznik wpadł w jego objęcia J. Cóż, przez cały tydzień niewiele czasu było na sen. Ale nikt nie narzekał.Wykończeni, ale uśmiechnięci, szczęśliwie wróciliśmy do Koszalina. SKŁADAMY SERDECZNE PODZIĘKOWANIA ZA TRUD WŁOŻONY W NASZE WYSZKOLENIE I PROFESJONALNĄ ORGANIZACJĘ ZGRUPOWANIA POLIGONOWEGO, NIEUSTANNE WSPARCIE I MOTYWOWANIE DO DZIAŁANIA ORAZ BEZGRANICZNĄ CIERPLIWOŚC I OKAZANE ZAUFANIE dla panów:
|
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|




